- Ale... - zaczęłam.
- Tylko żadnych "ale". Pójdzie szybciej i o wiele przyjemniej - przerwała mi Nia.
- ... ja niczego nie ukradłam. Ten materiał naprawdę kupiłam, kupiec był znajomy i...
- Nie interesują mnie twoje spodnie - Nia przerwała mi po raz drugi. - Każdy kto zapuści się na tereny Berediht, krain żądzonych przez Królową Elei, ma obowiązek stanąć przed jej obliczem i odpowiedzieć na parę pytań. Krolowa nie chce żeby kręcili się tutaj jacyś podejrzani osobnicy, więc zawsze sprawdza wędrowców. A ty chyba nie masz się czego obawiać. Ostatnio rzadko miewamy gości, Królowa pewnie się ucieszy.
- No... - zanim zdążyłam zaprotestować Nia złapała mnie za rękaw i pociągnęła przez las.
Gdy przechodziłyśmy obok truchła ogromnej gąsiennicy poczułam okrutny smród. Szybko odwróciłam głowę. Droga w większości wiodła przez kręte leśne ścierzki. Potem wyszłyśmy na otwart teren. Nia dała mi trochę sucharów wyjętych z sakiewki przytroczonej do pasa. Żułam w milczeniu pożywienie, nie zwracając za bardzo uwagi na to, co bieorę do ust. Gdy wyszłyśmy na łąkę wiatr zwichrzył mi włosy. W gęstym lesie tylko od czasu do czasu policzki muskał mi lekki powiew, a teraz chłodna bryza udeżyła mocno niczym smagnięcie batem.
- Tutaj zatrzymamy się na noc - powiedziała Nia podsuwając mi pod nos nową porcję sucharów. - Nie ma, co wędrować po zmroku. Zdrzemnij się, ja wezmę pierwszą wartę. Obódzę cię około północy.
Skinęłam głową i bez słowa zwinęłam się w kłębek w wyskoiej trawie porastającej równinę. Ale nie mogłam spać. Patrzyłam na słońce powoli znikające za horyzontem i rozmyślałam nad tym, co mnie dzisiaj spotkało. Bo był to niewątpliwie dziwny dzień. Może, gdy się obudzę znów będę w domu? Janse, migotliwe punkciki rozjaśniły granatowe niebo. Gwiazdy. Ooce i obojętne na mój los. Nie rozpoznawałam żadnego z gwiazdozbiorów, to nie były te same gwiazdy, które świeciły nade mną przez resztę mojego życia. Ciekawe czy rodzina mnie szuka? Raczej mnie tu nie znajdą. Może pomyślą, że uciekałam albo że, ktoś mnie porwał? Albo, że nie żyję...
***
Nie wiedziałam kiedy w końcu usnęłam, ale gdy Nia mnie obudziła miałam wrażenie, że spałam zaledwie parę minut. Usiadłam z cichym stęknięciem i oparłam się plecami o drzewo. Teraz Nia poszła w moje ślady i położyła się na ziemi. Przez chwilę rozważałam możliwość czy nie poderżnąć jej gardła i nie uciec, ale szybko odrzuciłam tą opcję. Nie miałam broni, a poza tym nie miałam żadnej gwarancji, że kobieta już śpi. Mogła udawać, a tak naprawdę obserwować każdy mój ruch spod przymkniętych powiek. Lepiej nie ryzykować.
Przyłapałam się na tym, że opada mi głowa. Żeby nie usnąć penetrowałam wzrokiem okolice. Co jakiś czas przysypiałam, ale potem szybko znów się zrywałam. O świecie obudziłam Nię. Zjadłyśmy skromne śniadanie złożone z sucharów i ruszyłyśmy w dalszą drogę.
Pogodzinie Nia wskazała mi coś palcem. Podążyłam za jej spojrzeniem i ujrzałam niewielką skałę an której szczycie zbudowano ogromny pałac. Zamek miał smukłą i wyskawową sylwetkę, ale był też niewątpliwie praktyczny. Połączenie piękna i użyteczności. Nie widziałam z oddali szczegółów, ale jedno wiedziałam napewno: to pałac dla kogoś bardzo ważnego. Poczułam nieprzyjemne, wibrujące uczucie w żołądku.
A więc to tam idziemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz