Powoli, z żołądkiem solidnie związanym w wymyślny węzeł odwróciłam się. Najpierw ciało, potem głowa. Żeby chociaż na chwilę odwlec moment gdy zobaczę owo coś, co za mną stoi.
Rzeczywistość przerosła wszystko. Otworzyłam usta, ale nie dobył się z nich żaden głos. Zamarłam z oczami utkwionymi w potworze.
Przede mną wznosilo się monstrum długości całkiem sporej kolejki wodnej. Przypominało to ogromną gąsiennicę z oślizgłymi, wijącymi się odnóżami, a w dodatku z ogromnymi, smoczymi skrzydłami. Zauważyłam, że na czarnej, galaretowatej twarzy zieje jedynie otwór gębowy, zero oczu. Przynajmniej ja ich nie widziałam.
Nie miałam dużo czasu na zastanowienie się co robić, bo stwór zaryczał ogłuszająco i skrzekliwie, a do mojego nosa dotarł nieprzyjemny zapach zgnilizny. Skrzywiłam się i mimowolnie cofnęłam. Ogromne cielsko sprężyło się do skoku. Miałam około 2 sekund na podjęcie decyzji. Uskoczyłam w bok, a gąsiennica wylądowała dokładnie tam, gdzie przed chwilą stałam. Zaczęłam się cofać coraz szybciej i szybciej zanim stwór znów się pozbiera i spróbuje ataku. Niestety: potknęłam się o wystający korzen i upadłam na plecy uderzając się przy tym boleśnie w głowę. Jak przez mgłę zobaczyłam, że mięśnie monstrum znów się spinają. Przez moją obitą czaszkę przemknęł okropna myśl: zaraz umrę. Zamiast uciekać lub nawet próbować wstać zamknęłam oczy i przygotowałam się na ostateczny cios.
Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zamiast tego usłyszałam przeszywający, cienki wrzask, który ranił uszy i przeszywał całe ciało błyskawicą bólu. Zwinęłam się w kłębek na ziemi, chcąc znaleźć się daleko z tąd, nich to już się skończy. Zatkałam rękami uszy chcąc uchronić je przed świdrującym odgłosem. Potwór zwijał się pod dziwnymi kątami jęcząc przeraźliwie. Dopiero teraz zobaczyłam, że z jego głowy sterczała strzała. Nagle pojawiła się kolejna. I kolejna. Pociski nadlatywały od tyłu stwora robiąz z niego jeżozwierza. W końcu wrzask urwał się gwałtownie, a gąsiennica zwalił się bezwładnie na ziemię wznosząc tumany kurzu. Mech nasiąkł czarną krwią wypływającą z raz poczynioniych przez strzały. To wszystko stało się tak szybko.
Usiadłam niepewnie i zobaczyłam mojego wybawcę. A konkretniej wybawczynię. Kobieta wciąż miała napięty łuk ze strzałą nałożoną na cięciwę. Celowała w stwora jakby bała się, że nagle ożyje. Wyglądała trochę jak elfka: miała lekko skośne, mądre oczy oraz spiczaste uszy. Ciemne włosy się sięgające poniżej pasa upieła w ciasny warkocz. Ubrana była w białą, lnianą tunikę sięgającą kolan. Ubranie to wyglądało na wygodne i nie krępujące ruchów. Pewnie przydatne w walce.
W pierwszym odruchu chciałam wstać i podziękować, po chwili jednka zawachałam się. To, że kobieta zabiła stwora nie znaczy, że nie zrobi tego ze mną. Patrzyłam na nią nieufnie. A zwłaszcza na łuk w jej rękach. Chyba odgadła moje myśli, bo rzuciła broń na trawę i wyciągnęła do mnie pomocną dłoń. Niepewnie przyjęłam ją i wstałam. Głowę przeszył nieprzyjemny ból. Skrzywiłam się. Będę miała guza.
- Jestem Nia - przedstawiła się skłaniając lekko głowę. - A ty?
- Ja Ly... Lyssa - postanowaiłam na wszelki wypadek nie podawać prawdziwego imienia. Skarciłam się w myślach. Prawie powiedziałam "Lynda".
Nia przekrzywiła lekko głowę. Miałam wrażenie, że wie, że kłamię.
- Skąd jesteś? - spytała. Poczułam się jak na egzaminie ustnym. - I co tu robisz? Ten las to nie jest odpowiednie miejsce dla osoby tak młodego wieku.
- Zabłądziłam - odparłam szybko. Zbyt szybko. Byłam niemal pewna, że kłamstwo było namacalne. Zacisnęłam jednak zęby i brnęłam dalej. - Jestem z niewielkiej wioski, raczej daleko z tąd. Uciekłam z domu przed złym ojcem. Zobaczyłam las i pomyślałam, że schronię się tutaj. Zbudowałam nawet szałas.
Tej ostatniej informacji nie musiałam zatajać. Z dumą pomyślałam, że moja historia brzmi całkiem wiarygodnie. Miałam tylko nadzieję, że są tu małe wioski. Ale raczej na pewno.
- Hmm... wyglądasz dosyć dziwacznie. Nigdy nie widziałam takich spodni. A tym bardziej kobiety w takich spodniach.
Spojrzałam w dół, na moje jeansy. Faktycznie, mogły wyglądać dosyć dziwnie przey lekkiej tunice Nii. Przybrałam niewinny wyraz twarzy. Postanowiłam w razie czego zgrywać lekką idiotkę.
- Lubię wylądać oryginalnie.
- Nigdy nie widziałam takiego materiału - Nia wyglądała na szczerze zainteresowaną. - Skąd go wzięłaś?
- Kupiłam od pewnego kupca. Nie pamiętam jego nazwiska - dodałam szybko unikając niewygodnych pytań.
- Kupiłaś? Cóż, dziewczynki ze wsi rzadko stać na dobrej jakości ubrania. A ten materiał zapewne jest drogi, nigdy wcześniej takiego nie widziałam. Nie ukradłaś go przypadkiem?
Zaklęłam w myślach. Ile problemów mogą sprawić jedne spodnie? Spuściłam głowę i zaszurałam nogami z miną niewiniątka. Postanowiłam nie odpowiadać na ostatnie pytanie. Modliłam się w myślach żeby Nia już sobie poszła. Po co ona w ogóle tu stoi ze mną rozmawia? Nagle powiedziała coś, co sprawiło, że poczułam się bardzo nieswojo.
- W każdym razie, Lysso, mam obowiązek zaprowadzić cię przed oblicze Królowej Elei. Tylko nie stawiaj oporu.
Świetny rozdział :) Trafiłam tu przypadkiem ii zostaje :D Weny :)
OdpowiedzUsuńProszę o informowanie mnie o kolejnych rozdziałach na moim blogu http://liampaynejade1d.blogspot.com/
Dziękuję za miłe słowa. Jak będę miała czas może zerknę na Twojego bloga ;)
OdpowiedzUsuń