wtorek, 14 kwietnia 2015

Prolog

     To wiatr pierwszy mnie obudził. Rozwiał kasztanowe włosy i przyjemnie musnął policzki. Bezwiednie się uśmiechnęłam. Jakaś cząstka umysłu podpowiadała mi, że powinnam już opuścić słodką krainę snu i wstać. Zamiast tego mocniej zacisnęłam powieki. Było mi tak ciepoło, a posłanie zrobiono chyba z puchu. Wiatr wzmógł się trochę, ale potem ucichł. Powoli zaczęłam rejestrować coraz więcej rzeczy z otoczenia. Do nosa dotarł słodki zapach kwiatów, w uszach rozległ się nieśmiały ćwierkot ptaka. Zmarszczyłam brwi. Coś mi tu nie pasowało. Gdzie ja byłam? Nie przypominałam sobie żebym wychodziła z domu. W ogóle nic sobie nie przypominałam.
     Usiadłam gwałtownie otwoierając szeroko oczy. Przedemną rozciągał się niesamowity, ale i tajemniczy widok. Znajdowałam się na ogromnej łące usianej małymi, różowymi kwiatkami. Wyglądało to jak wielkie, barwne morze. Pewnie powinnam się tym zachwycić, ale nie w tej chwili. Penetrowałam wzrokiem okolicę gorączkowo szukając chociaż jendego znajomego szczegółu. Góry majaczące na horyzoncie, pojedyńcze drzewa porozrzucane po łące. Lasek po boku, błękitne niebo. Wszytsko to wyglądało przytulnie i zachęcająco, z drugiej jednk strony lodowano i obco.
     Serce przyspieszyło niemal dwukrotnie, czułam narastającą panikę. Znajdowałam się sama w zupełnie nieznanym miejscu, a w pamięi ziała czarna dziura.

1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawie się zaczyna. Chętnie przeczytam dalej. Twoje opowiadanie zaciekawiło mnie jednak dlatego, że również zaczynasz jak ja. Masz talent i trzymam kciuki. Na pewno będę zaglądać.

    OdpowiedzUsuń