czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozdział 2

     Powoli, z żołądkiem solidnie związanym w wymyślny węzeł odwróciłam się. Najpierw ciało, potem głowa. Żeby chociaż na chwilę odwlec moment gdy zobaczę owo coś, co za mną stoi.
     Rzeczywistość przerosła wszystko. Otworzyłam usta, ale nie dobył się z nich żaden głos. Zamarłam z oczami utkwionymi w potworze.
     Przede mną wznosilo się monstrum długości całkiem sporej kolejki wodnej. Przypominało to ogromną gąsiennicę z oślizgłymi, wijącymi się odnóżami, a w dodatku z ogromnymi, smoczymi skrzydłami. Zauważyłam, że na czarnej, galaretowatej twarzy zieje jedynie otwór gębowy, zero oczu. Przynajmniej ja ich nie widziałam.
     Nie miałam dużo czasu na zastanowienie się co robić, bo stwór zaryczał ogłuszająco i skrzekliwie, a do mojego nosa dotarł nieprzyjemny zapach zgnilizny. Skrzywiłam się i mimowolnie cofnęłam. Ogromne cielsko sprężyło się do skoku. Miałam około 2 sekund na podjęcie decyzji. Uskoczyłam w bok, a gąsiennica wylądowała dokładnie tam, gdzie przed chwilą stałam. Zaczęłam się cofać coraz szybciej i szybciej zanim stwór znów się pozbiera i spróbuje ataku. Niestety: potknęłam się o wystający korzen i upadłam na plecy uderzając się przy tym boleśnie w głowę. Jak przez mgłę zobaczyłam, że mięśnie monstrum znów się spinają. Przez moją obitą czaszkę przemknęł okropna myśl: zaraz umrę. Zamiast uciekać lub nawet próbować wstać zamknęłam oczy i przygotowałam się na ostateczny cios.
     Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zamiast tego usłyszałam przeszywający, cienki wrzask, który ranił uszy i przeszywał całe ciało błyskawicą bólu. Zwinęłam się w kłębek na ziemi, chcąc znaleźć się daleko z tąd, nich to już się skończy. Zatkałam rękami uszy chcąc uchronić je przed świdrującym odgłosem. Potwór zwijał się pod dziwnymi kątami jęcząc przeraźliwie. Dopiero teraz zobaczyłam, że z jego głowy sterczała strzała. Nagle pojawiła się kolejna. I kolejna. Pociski nadlatywały od tyłu stwora robiąz z niego jeżozwierza. W końcu wrzask urwał się gwałtownie, a gąsiennica zwalił się bezwładnie na ziemię wznosząc tumany kurzu. Mech nasiąkł czarną krwią wypływającą z raz poczynioniych przez strzały. To wszystko stało się tak szybko.
     Usiadłam niepewnie i zobaczyłam mojego wybawcę. A konkretniej wybawczynię. Kobieta wciąż miała napięty łuk ze strzałą nałożoną na cięciwę. Celowała w stwora jakby bała się, że nagle ożyje. Wyglądała trochę jak elfka: miała lekko skośne, mądre oczy oraz spiczaste uszy. Ciemne włosy się sięgające poniżej pasa upieła w ciasny warkocz. Ubrana była w białą, lnianą tunikę sięgającą kolan. Ubranie to wyglądało na wygodne i nie krępujące ruchów. Pewnie przydatne w walce.
     W pierwszym odruchu chciałam wstać i podziękować, po chwili jednka zawachałam się. To, że kobieta zabiła stwora nie znaczy, że nie zrobi tego ze mną. Patrzyłam na nią nieufnie. A zwłaszcza na łuk w jej rękach. Chyba odgadła moje myśli, bo rzuciła broń na trawę i wyciągnęła do mnie pomocną dłoń. Niepewnie przyjęłam ją i wstałam. Głowę przeszył nieprzyjemny ból. Skrzywiłam się. Będę miała guza.
     - Jestem Nia - przedstawiła się skłaniając lekko głowę. - A ty?
     - Ja Ly... Lyssa - postanowaiłam na wszelki wypadek nie podawać prawdziwego imienia. Skarciłam się w myślach. Prawie powiedziałam "Lynda".
     Nia przekrzywiła lekko głowę. Miałam wrażenie, że wie, że kłamię.
     - Skąd jesteś? - spytała. Poczułam się jak na egzaminie ustnym. - I co tu robisz? Ten las to nie jest odpowiednie miejsce dla osoby tak młodego wieku.
     - Zabłądziłam - odparłam szybko. Zbyt szybko. Byłam niemal pewna, że kłamstwo było namacalne. Zacisnęłam jednak zęby i brnęłam dalej. - Jestem z niewielkiej wioski, raczej daleko z tąd. Uciekłam z domu przed złym ojcem. Zobaczyłam las i pomyślałam, że schronię się tutaj. Zbudowałam nawet szałas.
     Tej ostatniej informacji nie musiałam zatajać. Z dumą pomyślałam, że moja historia brzmi całkiem wiarygodnie. Miałam tylko nadzieję, że są tu małe wioski. Ale raczej na pewno.
     - Hmm... wyglądasz dosyć dziwacznie. Nigdy nie widziałam takich spodni. A tym bardziej kobiety w takich spodniach.
     Spojrzałam w dół, na moje jeansy. Faktycznie, mogły wyglądać dosyć dziwnie przey lekkiej tunice Nii. Przybrałam niewinny wyraz twarzy. Postanowiłam w razie czego zgrywać lekką idiotkę.
     - Lubię wylądać oryginalnie.
     - Nigdy nie widziałam takiego materiału - Nia wyglądała na szczerze zainteresowaną. - Skąd go wzięłaś?
     - Kupiłam od pewnego kupca. Nie pamiętam jego nazwiska - dodałam szybko unikając niewygodnych pytań.
     - Kupiłaś? Cóż, dziewczynki ze wsi rzadko stać na dobrej jakości ubrania. A ten materiał zapewne jest drogi, nigdy wcześniej takiego nie widziałam. Nie ukradłaś go przypadkiem?
     Zaklęłam w myślach. Ile problemów mogą sprawić jedne spodnie? Spuściłam głowę i zaszurałam nogami z miną niewiniątka. Postanowiłam nie odpowiadać na ostatnie pytanie. Modliłam się w myślach żeby Nia już sobie poszła. Po co ona w ogóle tu stoi ze mną rozmawia? Nagle powiedziała coś, co sprawiło, że poczułam się bardzo nieswojo.
     - W każdym razie, Lysso, mam obowiązek zaprowadzić cię przed oblicze Królowej Elei. Tylko nie stawiaj oporu.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Rozdział 1

     Pierwszą reakcją był krzyk wzbierający w gardle niczym nadciągająca chmura burzowa. W porę się jednak powstrzymałam. Byłam w obcym miejscu, nie należało pochopnie zwracać na siebie uwagę. Zdławiłam wrzask walcząc z ogromną chęcią wylania uczuć potokiem urywanych słów.
     Uczucia miałam bowiem bardzo mieszane. Najpierw niedowierzanie. Może to sen? Odrzuciłam szybką tą myśl. Ja żadko śniłam. A już na pewno nie tak realistycznie, z udziałem wszystkich zmysłów. Może więc oszalałam, mam urojenia? To równierz odepchnęłam. Moja realistyczność i chłodna trzeźwość umysłu nie pozwoliłaby na to.
     Co więc tu robiłam?
     Nie ważne. Jestem tu i tyle nie ma co się zastanawiać. Jakoś się tu dostałam.
     Ale skąd się tu dostałam? Kim ja właściwie byłam? Spojrzałam na swoje ręce jakby one mogły dać mi odpowiedź. I nagle przypływ olśnienia. Poczułam, że wraca mi pamięć. Tak. Nazywam się Lynda Tomson, uczęszczam do drugiej klasy gimnazjum. Mieszkam z tatą, moi rodzice są rozwiedzeni. Kocham biegi, trenuję krotkie dystanse. Jestem najlepsza z w-fu oraz matematyki. Bywa, że piszę wiersze, ale zazwyczaj są to ciemne, krwawe słowa wylewające żal, gdy jest mi smutno. Mam rówierz psa o imeiniu Kratox oraz rybki.
     Uff, pamiętam już kim jestem. Chyba, że wszepiono mi cudzą toższamość żebym zapomniała o poprzednim życiu. Nie, mało prawdopodobne. Po co ktoś by to robił?
     Nie pamiętałam jednak jendnej bardzo istotnej rzeczy: jak się tu znalazłam? Nie przypominałam sobie żebym przechodziła przez jakieś tajemnicze drzwi lub szeptała złożone zaklęcia tak jak w bajakch bywa. Świat ten był bowiem niewątpliwie światem bajkowym. Krajobraz nie pasował mi to matczynej Ziemi. Może to inna planeta?
     Ostatnie wspomnienie, jakie jest moje ostatnie wspomnienie? Chyba jak idę do szkoły. Bądź wracam ze szkoły. Wysiliłam umysł. Tak, tata ucałował mnie i wyszłam z domu. Potem chyba upadłam. Może dostałam w głowę i to wszystko faktycznie nie dzieje się naprawdę? Ale czy umiałabym wtedy tak trzeźwo myśleć. Wszytskie te wydarzenia z domu, jak jem śniadanie, wychodzę z psem, wszystko to wydawało się takie odległa, widzałam to jakby przez mgłę. Jakby to wszystko było urojeniem, a to co dzieje się teraz, ta łąka, jakby właśnie to było prawdą.
     Machnęłam ze zniecierpliwieniem ręką. Mogłabym tu tak siedzieć i dumać przez cały dzień, ale to raczej nie było wskazane. Najlepiej trochę rozeznać się w okolicy. Możę znajdę jakieś inne oznaki życia w tym dziwnym świecie. Oczywiście oprócz ptaków i owadów, których na pewno tu nie brakowało. Wstałam stękając cicho, gdy skurcz zaatakował moją prawą łydkę. Zastanawiałam się jak długo tu jestem. Spojrzałam w niebo. Słońce wisiało już dość wysoko nad horyzontem od strony wschodu czyli było niewiele przed południem. Sporo czasu do zmierzchu. Postanowiłam zbudować szałas żeby przynajmniej mieć się gdzie schować w razie zagrożenia. Ruszyłam w stronę lasu. Przynajmniej miałam teraz jakiś cel. Gdy ma się określony plan wszystko zdje się być prostrze. Postanowiłam znaleźć jakieś przechylone przewo i oprzeć o nie mniejsze drzewka pod kątem żeby tworzyło to coś w rodzaju spadzistych ścian. Następnie przykryję prowizoryczny domek gęstymi gałęziami żeby uszczelnić dziury.
***
Po tzrech godzinach wszystko było już gotowe. Patrzyłam z dumą na mój szałas. Miałam jeszcze sporo czasu do zachodu słońca mogłam jeszcze trochę rozejrzeć się po okolicy. Weszłam śmiało między drzewa pilnując żeby cały czas iść w lini prostej. Gdybym zaczęła iść zygzakiem i zakrętami mogłabym się zgubić. A to napewno nie byłoby przyjmne.  Mięśnie bolały mnie od wysiłku fizycznego, ale szłam dalej. Nagle, w odległości paru matrów za mną usłyszałam szelest. Jakby coś dużego pełzło po trawie. Serce stanęło mi w piersi. Powoli odwróciłam się bojąc się co tam zobaczę.

Prolog

     To wiatr pierwszy mnie obudził. Rozwiał kasztanowe włosy i przyjemnie musnął policzki. Bezwiednie się uśmiechnęłam. Jakaś cząstka umysłu podpowiadała mi, że powinnam już opuścić słodką krainę snu i wstać. Zamiast tego mocniej zacisnęłam powieki. Było mi tak ciepoło, a posłanie zrobiono chyba z puchu. Wiatr wzmógł się trochę, ale potem ucichł. Powoli zaczęłam rejestrować coraz więcej rzeczy z otoczenia. Do nosa dotarł słodki zapach kwiatów, w uszach rozległ się nieśmiały ćwierkot ptaka. Zmarszczyłam brwi. Coś mi tu nie pasowało. Gdzie ja byłam? Nie przypominałam sobie żebym wychodziła z domu. W ogóle nic sobie nie przypominałam.
     Usiadłam gwałtownie otwoierając szeroko oczy. Przedemną rozciągał się niesamowity, ale i tajemniczy widok. Znajdowałam się na ogromnej łące usianej małymi, różowymi kwiatkami. Wyglądało to jak wielkie, barwne morze. Pewnie powinnam się tym zachwycić, ale nie w tej chwili. Penetrowałam wzrokiem okolicę gorączkowo szukając chociaż jendego znajomego szczegółu. Góry majaczące na horyzoncie, pojedyńcze drzewa porozrzucane po łące. Lasek po boku, błękitne niebo. Wszytsko to wyglądało przytulnie i zachęcająco, z drugiej jednk strony lodowano i obco.
     Serce przyspieszyło niemal dwukrotnie, czułam narastającą panikę. Znajdowałam się sama w zupełnie nieznanym miejscu, a w pamięi ziała czarna dziura.